Na początek:
Porażka nie oznacza, że przegrałem,
tylko, że jeszcze nie osiągnąłem sukcesu.
Porażka nie oznacza, że nic nie zyskałem,
tylko, że się czegoś nauczyłem.
Porażka nie oznacza, że jestem głupcem,
tylko, że mam dość wiary, aby próbować.
Porażka nie oznacza, że mam się wstydzić,
tylko, że ośmieliłem się próbować.
Porażka nie oznacza, że mam rezygnować,
tylko, że muszę postępować w inny sposób.
Porażka nie oznacza, że jestem gorszy,
Porażka nie oznacza, że jestem gorszy,
tylko, że nie jestem doskonały.
Porażka nie oznacza, że straciłem czas,
tylko, że mogę zacząć od nowa.
Porażka nie oznacza, że powinienem się poddać,
tylko, że muszę bardziej się starać.
Porażka nie oznacza, że nigdy mi się nie uda,
tylko, że muszę mieć więcej cierpliwości.
I tak mimo wszystkich upadków, porażek - wstajemy. Podnosimy się i odzyskujemy wiarę o lepsze jutro. Nadal walczymy z nadzieją, która wzrasta każdego dnia. Walczymy o lepszą przyszłość, bo przeszłości nie zmienię, sorry.
Poznajcie osobę tysiąc razy silniejszą niż kiedyś. Osobę, która mimo tylu upadków nadal walczy. Osobę, która końcem końców nie została laureatem, ale coś sobie udowodniła. I teraz do wszystkich osób, które liczą na każdą moją porażkę: proszę, możecie się cieszyć, że mi się nie udało, ale walczę dalej. Może o coś innego, ale walczę i nie zamierzam się poddać. Poznajcie mnie.
I tak znowu biegamy, jeździmy rowerem, spacerujemy, frisbujemy, nadrabiamy zaległości, a przede wszystkim - żyjemy. Psa doceniam bardziej, bo to ona mi została, wspiera jak nie wiem co. Niedawno uświadomiłam sobie, że bez tego psa nie jestem w stanie normalnie funkcjonować. To ona jest największym szczęściem jakie mnie spotkało w tym pechowym życiu. Przypadki nie istnieją. Wszystkie rzeczy, które się zdarzają, zdarzają się w jakimś celu.
Cieszę się, że jest jak jest. Mimo, że w moim życiu ostatnio nie bywa kolorowo - to i tak to doceniam. Ostatnio każdą wolną chwilę spędzam ze zwierzętami. Czemu? Bo nie są fałszywe. Bo potrafią pocieszyć w najgorszym strapieniu. Mam wrażenie, że tylko one mi zostały.
Co raz więcej trenuję. Całkowicie poświęcam się moim pasjom, bo chcę coś osiągnąć. Nic nie zrobi się samo, trzeba na to ciężko zapracować.
Znowu
spędzam wieczór xx z rzędu z muzyką i psem leżącym obok mnie. Nic nie
muszę. Ruszam się z miejsca i zaczynam coś zrobić. Po prostu robię.
Wiele ostatnim czasy zrozumiałam. Przyszły nowe doświadczenia,
chwile... Ale przede wszystkim, że motywacja nie przyjdzie do mnie jak
będę siedziała i nic nie robiła. Przyjdzie kiedy zacznę działać. Więc
działam, przynajmniej próbuję.
Czekamy na upragnione wakacje. Ahh wolność, kiedy wreszcie nadejdziesz?
Ostatnio
zdarzają nam się dłuuugie spacery po lasach i polach. Z muzyką i
czasami z endo. Nie wiem ile robimy kilometrów, robimy to dla siebie.
Pies szczęśliwy to ja także. :P Mam chęć do tego, więc robię. Ćwiczymy,
wszystko na co starczy czasu. Więcej czasu na powietrzu niż w domu. To
lubię. Wreszcie po tej całej bieganinie można odpocząć i napisać
jakiegoś posta.
Kiedy następny post? Jak wena i humor dopisze. :P Ale mam nadzieję, że kolejny będzie już o osiągnięciach. :)

Ja też, nic tak nie relaksuje jak dobra komedia i ruchomy grzejnik personalny ;)
OdpowiedzUsuńJak ja bym chciała nic nie musieć :D
OdpowiedzUsuńCoż... trzymam kciuki, na kolejne złoża motywacji! :)
OdpowiedzUsuń